Socjotechniki promocji Zielonego Ładu – czy znasz je wszystkie?
No dobrze – wszystkich pewnie nikt nie zna. Ale warto poznać chociaż filary, stojące u podstaw promocji rewolucji klimatycznej. Po to, by mieć swoje zdanie i dumnie nosić je na klacie
Jak mawiał pewien mądry człowiek i mąż stanu: ktoś, kto jest poinformowany, jest uzbrojony. W wiedzę i świadomość, które dają parasol ochronny w momencie, gdy polityka i ideologia zaczną nam wchodzić do domów… A że zaczęły, co do tego nikt chyba nie ma już wątpliwości.
Jeżeli ktoś ma wywrotowe pomysły, do których wyrażania posiada w naszym kraju konstytucyjne prawo, i stara się do nich przekonać innych, to nie ma sprawy – na tym polegają pluralizm i wolność słowa, szacunek dla konstytucji i tolerancja dla współobywateli.

Jednak jeżeli idee wywracające świat – także ten ekonomiczny – do góry dnem, zyskują moc prawną, wtedy jeden człowiek lub grupa ludzi mogą wpędzić w kłopoty miliony innych.
I tak doczekaliśmy czasów, kiedy w ramach polityki klimatycznej dyskusyjne idee i pomysły są nam narzucane, a dzięki socjotechnice i układowi sił w Parlamencie Europejskim oraz Komisji Europejskiej, niewiele możemy z tym zrobić.
Czy jednak na pewno?
Przyjrzyjmy się socjotechnice, która została zaprzęgnięta do promocji tej inicjatywy. Obecnie, po sekwencji różnych zabiegów socjotechnicznych, które miały przygotować europejskie społeczeństwa na ustanowienie paradygmatu nowego, europejskiego ekoczłowieka w ramach Zielonego Ładu i Fit For 55, wyraźnie postawiono na cztery techniki:
- zmęczenie materiału poprzez ignorowanie głosu społeczeństwa
- promocję przekonania o braku wpływu na stanowione prawo
- zmiękczenie zagrożenia poprzez odroczenie w czasie
- radykalne rozwiązania, wypierane przez umysł
Co to wszystko znaczy w praktyce?
Pierwszy punkt jest oczywisty – ludzie po jakimś czasie zwyczajnie mają dość stawiania oporu, który nie przynosi efektów, jeśli jest konsekwentnie ignorowany przez władzę. W tym przypadku chodzi o władzę na szczeblu unijnym. Komisja Europejska idzie do przodu jak taran, nie bawi się ani w niuansowanie, ani w empatię. Kiedy przedstawiciele polskiej Solidarności pojechali pokojowo protestować w sprawie Turowa, pod Trybunałem Sprawiedliwości UE przywitano ich barierkami i terenem wydzielonym z ulicy jak do pędzenia zwierząt. Nikt nie chciał z nimi rozmawiać. Unijni politycy potrafią też powiedzieć, że Polska jest jeszcze „młodą demokracją”, więc nie należą nam się pełne prawa…

Rolnicy protestowali w całej niemal Unii Europejskiej. Wyglądało na to, że staną się tym głosem rozsądku, który ze względu na masowy charakter oraz uciążliwość protestów wreszcie zostanie usłyszany i wzięty pod uwagę. Polscy rolnicy też protestowali. Niestety, przy braku szacunku i zainteresowania negocjacyjnego ze strony władzy – zarówno w Brukseli, jak i w Polsce – wreszcie i oni stracili napęd do stawiania oporu.
Dlatego każdy głos wsparcia jest bezcenny, bo polski rolnik to ktoś, kto w czasach konformizmu bierze na siebie rolę wyraziciela głosu rozsądku, o którym społeczeństwo jako masa zdaje się zapominać. Chcesz okazać solidarność z polskimi rolnikami? Wrzucimy tu kilka koszulek na taką okazję, a teraz przechodzimy do punktu numer dwa.

Druga socjotechnika wymaga większych nakładów i zasobów, niż pierwsza. Aby bowiem wytworzyć w społeczeństwie powszechne przekonanie o braku wpływu na stanowione prawo, trzeba nie tylko to prawo konsekwentnie wdrażać, lecz także mieć zasoby, aby odwracać uwagę ludzi od tych najbardziej kontrowersyjnych kroków w kluczowych momentach. Można to zrobić na kilka sposobów. Pierwszy jest kompletnym szaleństwem i polega na komunikowaniu dyskusyjnych zmian jako bezwzględnie nieuchronnych i koniecznych, zazwyczaj dla jakiegoś „wyższego celu”.
W tym przypadku celem tym ma być zerowy ślad węglowy, czyli zerowa emisja życiodajnego gazu, niezbędnego przyrodzie do życia. Dyskusję na ten temat – bo opinie są różne, jedni twierdzą, że globalne ocieplenie to efekt cyklicznych wahań temperatury w Układzie Słonecznym, inni upierają się, że stoi za nim człowiek – zostawimy na inną okazję, ale od niej nie uciekamy. Dość powiedzieć, że…
Zaplecze dla Zielonego Ładu budowano przez dekady
Władza, stanowiąca nowe przepisy, kreowana jest na wszechwładną siłę, nie cofającą się przed niczym, konsekwentną, potężną, niezależną niemal od niczego. Jeżeli popatrzymy na to od strony nasycenia społeczeństwa informacją, które obecnie jest bardzo wysokie i niemal natychmiastowe, to ta metoda spełnia kryterium wykonalności.
Można jednak zastosować coś, co jest nieco mniej zniuansowanym marketingiem szeptanym. „To i tak musi wejść”. „Prędzej czy później i tak to wejdzie”. „Nie ma innego wyjścia”. „Mamy za mało głosów, aby to zatrzymać”. „Głos Polski jest ignorowany”. Słyszeliście lub czytaliście coś podobnego? Pewnie tak. My – wielokrotnie. Skoro „wszyscy wszędzie” mówią, że coś i tak zostanie zrealizowane, to pewnie mają rację…

Trzecia socjotechnika – zmiękczenie, rozmycie zagrożenia poprzez jego odroczenie w czasie – jest bardzo prosta do realizacji, za to przynosi bardzo ciekawy efekt. Innymi słowy, jest wyjątkowo skuteczna, jeżeli trafi na nieprzygotowane na taką manipulację umysły.
Aby się udało, wystarczy odpowiednio wcześnie i odpowiednio szeroko rozpocząć komunikację nadchodzących zmian. Ale to musi być naprawdę tylko jeden „strzał” – po pierwotnej małej burzy musi nastąpić cisza i spokój.
Zielony Ład – niby wszyscy go znają, ale…
Czy nie miewacie czasem tak, że czegoś bardzo się obawiacie, ale z czasem przyzwyczajacie się do zagrożenia, a w końcu nawet o nim zapominacie? Ten mechanizm zna chyba każdy i to on zostaje tutaj wykorzystany.
Jeżeli na przykład w jakimś mieście ma zostać wprowadzany zakaz wjazdu starszych samochodów, oznaczający wykluczenie społeczne i komunikacyjne oraz stygmatyzację obywateli o niższych dochodach, to wystarczy zapowiedzieć go dwa-trzy lata wcześniej, aby temat ucichł. A wtedy – tak, jak przy wprowadzaniu Strefy Czystego Transportu w Warszawie – na protest do rady miasta przyjdzie kilkadziesiąt osób. Wobec tysięcy ludzi, których dotknie ten przepis, to zaledwie garstka. Działa? Działa.

I tak dochodzimy do punktu czwartego. Ta technika manipulacji oceną sytuacji jest wyjątkowo perfidna, a to dlatego, że „na rozum” nie powinna działać. No bo przecież jeżeli coś kogoś przeraża, to jeśli uczynić to coś trzy razy bardziej przerażającym, powinno zacząć przerażać trzy razy bardziej.
Nie zawsze tak się jednak dzieje – ludzki umysł okazuje się bardziej skomplikowany. Okazuje się, że kiedy przesterujemy ludzką wrażliwość czy instynkt samozachowawczy odpowiednio mocno, to czasem można obejść intuicyjną klauzulę wykonalności tego, co ludziom zakomunikujemy. Wystarczy, że uznają oni, iż jest to zbyt absurdalne, aby było realne.

Pamiętacie pierwsze wzmianki o poszukiwaniach „nowych źródeł białka zwierzęcego”? To było kiedyś – od jakiegoś czasu nikt się już nie patyczkuje z przekazami medialnymi i czytamy lub słyszymy wprost o zastępowaniu mięsa cielęcego, drobiowego czy wieprzowego np. dżdżownicami. Jeżeli ktoś woli inną nazwę – pierścienicami.
Dla wielu ludzi jest to pomysł tak absurdalny – bo taki właśnie jest – że ich umysły wypierają całkowicie możliwość jego realizacji. „Nie, to nie wejdzie”. „To niemożliwe”. No właśnie, możliwe. To się dzieje naprawdę. A nam ma się wydawać, że nic już nie możemy z tym zrobić i pozostaje nam biernie zgadzać się na degradację naszej cywilizacji. Tymczasem…

Możemy. Zacznijmy od pokazania, że nie jest nam wszystko jedno. To naprawdę robi różnicę. Kiedy coś wymaga zaawansowanej socjotechniki, by zostało powszechnie zaakceptowane, staje się tyranią, a przestaje być demokracją. Każdy głos się liczy.
Napisane przez człowieka,
Wasz team ThinkThank
